Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kontrowersje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kontrowersje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 3 marca 2017

O SZTUCE I "SZTUCE", CZYLI WŁOŻĘ KIJ W MROWISKO

Długo zastanawiałam się, czy podjąć temat, który rozpala wyobraźnię i studia telewizyjne od dobrych kilkunastu dni. Mało! Zastanawiałam się, czy w ogóle powinnam na ten temat pisać posta. Ale moja nieznośna natura nie pozwoliła mi zmilczeć i dlatego jest to, co niniejszym przedstawiam. Ale nie będzie stricte o "Klątwie". Będzie ogólniej. Będzie o tym, dokąd idziemy. 

Nie jestem kulturoznawcą czy teatrologiem, ale jako osoba, która odebrała gruntowne wykształcenie średnie, pozostaję wrażliwa na przeżycia duchowe, piękno słowa, obrazu, metaforę. Tak mnie wychowano w domu, tak mnie nauczono w szkole. I cierpię. Naprawdę cierpię, kiedy widzę, co dzieje się aktualnie. Nie, nie chodzi nawet o to, że jestem osobą wierzącą, nie chodzi o to, że bezczeszczone są symbole dla mnie, jako chrześcijanki i katoliczki, bardzo ważne, chociaż to oczywiście jest sednem mojego cierpienia. Jest mi zwyczajnie przykro, że współczesny twórca uważa, że jedynie jeśli zaszokuje, wbije widza w fotel i spowoduje u niego odruch wymiotny, jedynie wtedy ma szansę coś przekazać. Czy naprawdę współczesny odbiorca jest tak dalece znieczulony wszechobecną golizną, łatwodostępną pornografią, niemoralnością i przemocą wylewającą się z ekranów, że tylko kloaczne wizje są w stanie jeszcze spowodować u niego jakąkolwiek reakcję? 
Jest rzecz oczywistą, że żyjemy w epoce, która karmi się transgresją na każdym możliwym gruncie. Idziemy dalej, ale ten postęp odbywa się pewnym kosztem. Po co nam komunikatory, łączące nas z drugim końcem świata, skoro nie znamy nawet imienia naszego sąsiada? W jakim celu wymyślamy coraz to bardziej wymyślne telefony komórkowe, skoro szczytem towarzyskiego życia dla wielu jest "priv na facebooku"? W tę swoistą matnię technologiczną musi się jakoś wpisać sztuka. "Ale to już było..." - śpiewa Maryla Rodowicz. Zatem idźmy dalej. Gdzie jest moment, za którym nie ma już nic?
Depczemy świętości, wyśmiewamy symbole, nic dla nas nie znaczą autorytety, a kolejne rzesze ludzi wydają się cieszyć własną głupotą, wytykając palcami tych, którzy swoją wiedzę pogłębiają, którzy uznają wyższość pewnych zasad nad własną wygodę. "Co by tu robić, co by się nie narobić", "Szlachta nie pracuje"... Cudnie wykorzystują to "elity" polityczne, nastawiając nieczytające, nierozumiejące najprostszych informacji masy obywatelskie do własnych celów (przykładem może być czarny protest - ilu z protestujących obywateli uczyniło trud przeczytania projektu ustawy? Ilu wycofało się z poparcia dla pani Nowickiej, Nowackiej i Zawadzkiej, kiedy okazało się, że paniom tym chodzi o aborcję na życzenie). 
I w taki marazm umysłowy, jak w masło wchodzą spektakle typu "Klątwa". Jest cudnie, jest wspaniale, pewna pani poseł, która w wielu wywiadach powtarza, jak mantrę "nie wiem", "nie pamiętam", "nie mam zdania", nagle zdanie ma, nagle widziała, nagle pamięta. Więcej! Idzie trzeci raz, zachwala, reklamuje. Rozumiem, że taki przekaz do niej trafia?
Młoda, całkiem zdolna aktorka zgadza się na scenę, podczas której oddaje się czynności należącej do sfery intymności i uważa, że to element sztuki. A grupy osób, które nie godzą się na takie rzeczy są wyzywane od oszołomów, nietolerancyjnych, zaściankowych moherów.
Depczmy dalej wszystko, niszczmy podwaliny naszej kultury, podcinajmy gałąź, na której siedzimy od wieków. Ideologia neomarksistowska już nam wyściela pod pupy podłoże z betonu. Jak spadniemy, to potłuczemy się nieźle, ale wielu to nie przeszkadza. 
Jest mi smutno. Po prostu i zwyczajnie przykro. Nie nawykłam w swej naiwności do zła w czystej postaci. Bo to jest zło. Zło i nieprawość. I tyle. 

wtorek, 21 lutego 2017

KOBIETA-KSIĄDZ, CZYLI O KAPŁAŃSTWIE KOBIET

Kwestia kapłaństwa kobiet to temat, który od czasu do czasu lubi wracać jak bumerang do debaty publicznej. Obozy są dwa: przeciwnicy powołują się na fakt, iż Jezus Chrystus miał uczniów, a nie uczennice, a Kościół ma być odzwierciedleniem życia Syna Bożego i Jego decyzji, zaś zwolennicy grzmią o dyskryminacji i braku postępu na rzecz dyktatury mężczyzn w szeregach Kościoła. 


Kapłaństwo kobiet możliwe jest m.in. w Kościele protestanckim, w niektórych Kościołach starokatolickich, w Kościele anglikańskim. Ciekawostką, nie taką znów powszechną, jest, iż w Polsce kapłaństwo kobiet zostało wprowadzone już w 1929 roku przez Kościół Katolicki Mariawitów. Postawę zdecydowanie przeciwną kapłaństwu kobiet wykazują natomiast: Kościół rzymskokatolicki, Kościół prawosławny, Kościół polskokatolicki oraz Polski Narodowy Kościół Katolicki w Stanach Zjednoczonych.
Należy z całą odpowiedzialnością podkreślić, iż kapłaństwo to nie zawód, ale przede wszystkim powołanie. Tak, jak wspomniałam wcześniej: Jezus Chrystus spośród swoich uczniów (mężczyzn) wybrał Apostołów, mówiąc, że 
"[...] nie wy Mnie wybraliście, ale Ja was wybrałem." (J 15: 16). Syn Boży oddał w ręce tych wybranych przez siebie moc odpuszczania grzechów: "[...] którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane." (J 20: 23), chrzczenia i nauczania o Dobrej Nowinie: "Idąc tedy, nauczajcie wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego." (Mt 28: 19), jak również czynienia Eucharystii: "[...] a wziąwszy chleb, dzięki czynił i łamał, i dał im mówiąc: To jest Ciało moje, które za was jest wydane, to czyńcie na moją pamiątkę." (Łk 22: 19-20). Pozostając wiernymi słowom Jezusa Chrystusa, wybrani uczniowie chrzcili, głosili Ewangelię i tworzyli chrześcijańskie gminy, jednocześnie powołując kapłanów dla nich. "A gdy przez wkładanie rąk wyznaczyli im w każdym zborze starszych, wśród modlitw i postów poruczyli ich Panu, w którego uwierzyli." (Dz 14: 23).
Co zatem znamienne, moc i władza, jakiej Jezus Chrystus udzielił Apostołom nie stanowi w żadnej mierze osobistego przywileju, ale jest powołaniem, sensu stricte posłannictwem, wręcz zadaniem, dla Apostołów i z tego względu ów obowiązek spada także i na te osoby, które będąc następcami Apostołów, przyjmują święcenia kapłańskie. Jest to właśnie owa apostolska sukcesja, na którą tak zważa Kościół katolicki. Co więcej, sukcesja ta wymaga ciągłości w przekazywaniu mocy rozgrzeszania i głoszenia Ewangelii (co zalecił Jezus Chrystus), co zapewnia apostolskie powołanie Kościoła nie tylko na płaszczyźnie doktryny, ale również w życiu codziennym. 
Zarówno Tradycja apostolska, jak i Słowo Boże bardzo konkretnie podają, iż kapłaństwo może być dostępne jedynie mężczyzną. 
Gdzie jest zatem miejsce kobiety w Kościele?
Mówiąc o jej roli i jej pozycji, jaką zajmuje w działalności Kościoła, warto pamiętać, że kobiety zawsze spełniały bardzo ważną funkcję, ponieważ jako osoby przyjęte w pełni do kapłaństwa powszechnego poprzez Chrzest święty i bierzmowanie, uczestniczą w drodze do świętości całego Ludu Bożego, oferując swoją kobiecą delikatność i umiejętność bycia łagodną. Tak pojmowane uczestnictwo w kapłaństwie powszechnym nie tylko pozwala, ale wręcz obliguje kobietę do składania ofiar duchowych każdego dnia, jakimi są wszystkie aspekty codziennego życia, czyli małżeństwo, macierzyństwo, wypoczynek, praca, modlitwa, cierpienie, radość, obowiązki i przywileje. Niechęć do tak rozumianego powołania kobiet wynika z niewłaściwego rozumienia świata i podziału na to, co męskie i to, co kobiece. Kobietom wmówiono, że wszystko, co kobiece jest gorsze, a co męskie - lepsze. Jest to chyba największe kłamstwo ludzkości, które spowodowało wielki dramat całych pokoleń. 
Osoby uczestniczące w życiu Kościoła muszą zawierzyć, że wszelkie decyzje soborowe są podejmowane pod wpływem działania Ducha świętego, zatem o ile taką wolę wyrazi Bóg Stwórca, kapłaństwo hierarchiczne stanie się również udziałem kobiet. 

środa, 15 lutego 2017

KLAUZULA SUMIENIA, CZYLI CZY MOGĘ NIE ZABIĆ PANI DZIECKA?

Klauzula sumienia jest szczególnym typem regulacji prawnej, zgodnie z zapisami której, lekarz (pielęgniarka) ma prawo nie przeprowadzić procedur medycznych, podania specyfików czy wykonać pewnych świadczeń z obszaru medycyny w sytuacji, gdy stoją one w sprzeczności z jego/jej przekonaniami. Prawo polskie definiuje klauzulę sumienia w artykule 39 Ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty z dnia 5 grudnia 1996 r. w następujący sposób: "Lekarz może powstrzymać się od wykonywania świadczeń medycznych niezgodnych z jego sumieniem, z zastrzeżeniem art. 30, z tym że ma obowiązek wskazać realne możliwości uzyskania tego świadczenia u innego lekarza lub w podmiocie leczniczym oraz uzasadnić i odnotować ten fakt w dokumentacji medycznej. Lekarz wykonujący swój zawód na podstawie stosunku pracy lub w ramach służby ma ponadto obowiązek uprzedniego powiadomienia na piśmie przełożonego."

Klauzula sumienia ma jedno zadanie: ma gwarantować lekarzowi (a także położnej czy pielęgniarce) możliwość realizowania obowiązków wynikających z wykonywanego zawodu zgodnie z sumieniem i wyznawanymi wartościami. Skoro wszystko rozbija się o kwestię sumienia poszczególnych lekarzy i dotyczy jedynie określonych procedur, to o co tyle hałasu odbyło się w mediach swego czasu?
Przyglądając się bliżej temu zagadnieniu, zauważyłam przedziwną i jednocześnie relatywnie niepokojącą tendencję - kwestię klauzuli sumienia ograniczono w debacie publicznej tylko i wyłącznie do procedur i świadczeń medycznych w obszarze... ginekologii, a konkretnie a) przepisywania środków wczesnoporonnych i antykoncepcyjnych oraz b) aborcji, najlepiej na życzenie. Ani razu nie pojawiła się kwestia, np. odmowy wykonania prześwietlenia RTG przez lekarza dentystę w przypadku pacjentek ciężarnych; odmowy wykonania masażu leczniczego na pacjencie z żylakami; odmowy wykonania rezonansu magnetycznego pacjentowi z ciałem obcym w ciele. Czy to nie jest działanie, którego nie podejmie się lekarz, a którego przecież wyraźnie może sobie życzyć pacjent? 
Po stronie liberalnych mediów i bardzo liberalnych przedstawicieli świata publicznego odzywały się tylko raz po raz głosy o tym, że kobiety będą umierały w męczarniach, gdy okaże się, że ciąża, w jaką zaszły to ciąża pozamaciczna; że zwiększy się liczba nielegalnych aborcji, gdy lekarze nie będą przepisywać hormonalnej antykoncepcji. 
Pandemonium, istne pandemonium.
Czy można zatem postawić tezę, zgodnie z którą ataki ze strony lewicowych działaczy tak naprawdę chciały wprowadzić opinię publiczną w błąd, ukazując lekarzy powołujących się na klauzulę sumienia jako bezduszne, pozbawione humanitaryzmu, potwory, by cicho przeprowadzić "mały sabotaż" w umysłach ludzkich i zasiać w nich prawo do aborcji na życzenie i antykoncepcji dostępnej na każdej stacji benzynowej? 
Wojna o klauzulę sumienia rozpętała się po tzw. "sprawie doktora Chazana", który odmówił przeprowadzenia aborcji na bardzo chorym dziecku. Zgodnie z polskim prawem, dzieci, u których już na etapie prenatalnym zdiagnozowano (czasem prawidłowo, częstokroć nie) nieuleczalne choroby, mogą zostać zabite, ponieważ tak stanowi jeden z trzech wyjątków, uprawniających do tego czynu. Profesor Bogdan Chazan odmówił, chociaż takie było życzenie rodziców. Nie chciał brać na swoje barki odpowiedzialności za pozbawienie życia istoty ludzkiej, nawet jeśli była ona bardzo chora i cierpiąca. Został następnie zwolniony z funkcji dyrektora szpitala, czyli mówiąc najprościej: ukarano go za to, że skorzystał z przysługującego mu prawa.
Innym przykładem, głośnym ostatnio w mediach był przypadek polskiej lekarki, Katarzyny Jachimowicz, pracującej na stałe w Norwegii. Lekarka straciła pracę w przychodni lekarskiej, w której pełniła funkcję lekarza rodzinnego, ponieważ odmawiała zakładania spirali domacicznych oraz kierowania na zabieg aborcji. Lekarka instruowała pacjentki, by udawały się do innych lekarzy (co pozostaje w zgodzie z prawem polskim), ale prawo w Norwegii nie przewiduje możliwości skorzystania z klauzuli sumienia. Czy złamała prawo? Norweskie tak, ale mówiąc kolokwialnie, może nadal spokojnie patrzeć w lustro.
Kwestia klauzuli sumienia przypomina nieco grecką tragedię, omawianą w szkole podstawowej: "Antygonę" Sofoklesa. Z jednej strony mamy prawo i Kreona, z drugiej strony mamy sumienie i Antygonę. W tym porównaniu możemy iść o krok dalej: mamy ludzi wierzących, dla których prawo Boże jest nad prawem ludzkim i ludzi niewierzących, dla których wszystko kończy się tu i nie ma żadnego "po śmierci". Mamy wreszcie ludzi wierzących, których jednak prawo Boże mało obchodzi i ludzi niewierzących, którzy kierują się po prostu humanizmem w swoich działaniach. Najprostszym rozwiązaniem wydaje się tu być po prostu szukanie takich lekarzy, których poglądy są zbieżne z naszymi - unikniemy w ten sposób nieporozumień, wynikających z różnic ideowych. Jest to jednak rozwiązanie tylko połowiczne, bo nadal będą zabijane nienarodzone dzieci, chociaż wtedy tylko w określonych gabinetach i szpitalach.
Podsumowując jednak, w tym całym pomieszaniu wartości i potrzeb, plątaninie haseł i idei, niezgodności sumień warto jednak mieć na względzie jedno, ale za to jakże wymowne "in dubio pro vita humana". 

czwartek, 9 lutego 2017

O ANTYKONCEPCJI SŁÓW KILKA, CZYLI SKĄD TYLE KONTROWERSJI?

Ludzka płodność to chyba jeden z najbardziej dziwacznie traktowanych aspektów ludzkiego życia. Kiedy jej nie ma, a człowiek pragnie dziecka, wówczas czyni wszystko, by ją mieć - ucieka się do mniej lub bardziej bolesnych badań, terapii, zażywania leków, zabiegów operacyjnych. A kiedy jest - wtedy robi wiele, by ją upośledzić, zatrzymać, unieszkodliwić. Można by uznać, że w XXI wieku nie boimy się tak bardzo wojen czy kataklizmów, co ... własnych dzieci.

Kościół Katolicki względem antykoncepcji wyraża się jasno - jest zaprzeczeniem jedności małżeńskiej, zaś sama "[...] płodność jest darem, celem małżeństwa, ponieważ miłość małżeńska ze swojej natury zmierza do tego, by być płodną.[...]", zaś "[...] dziecko nie przychodzi z zewnątrz jako dodane do wzajemnej miłości małżonków; wyłania się w samym centrum tego wzajemnego daru, którego jest owocem i wypełnieniem."* Dla katolika sprawa jest relatywnie jasna, a przynajmniej powinna być (a wiem, że kontestatorów tego poglądu jest wielu) - mechaniczne albo hormonalne blokowanie płodności jest grzechem i z punktu widzenia wiary: czynem nagannym. 

Co zatem proponuje nam Kościół w zamian za pigułki, prezerwatywy, globulki i wkładki? 
Kobiecie: naturalność, ekologię (tak, tak, ekologię. W jaki sposób? Zaraz wyjaśnię), wiedzę o samej sobie, własnym cyklu, możliwość obserwacji fascynującego przecież przebiegu płodności. A mężczyźnie? Współuczestnictwo w tej przygodzie odkrywania płodności żony, bycie świadomym uczestnikiem jej cyklu, pracę nad własną wstrzemięźliwością (o ile para nie planuje jeszcze potomstwa). 
Mówiąc najogólniej: metod obserwacji jest tak wiele, że nawet najbardziej zagorzali fani naturalności nie mogą być specjalistami od nich wszystkich. Rotzera, angielska, Billingsów to tylko mały wycinek całości. Tylko odsetek tego, w jaki sposób możemy, my kobiety i nasi mężowie obserwować same siebie, poznawać nasze cykle. Mity, jakie urosły wokół "kalendarzyków" są niestety w pewnych kręgach nie do obalenia. Przecież słynnego kalendarzyka już się w ogóle nie stosuje! Spotkałam się nawet ze stwierdzeniem trenerki NPR (Naturalne Planowanie Rodziny - przyp. aut.), że "kalendarzyk małżeński" nie był żadną metodą :-) Raczej ruletką :-)
Dlaczego jeszcze warto odrzucić antykoncepcję hormonalną na rzecz metody obserwacji? (Antykoncepcję, nie terapię, czasami terapia jest niezbędna dla zdrowia, wówczas nie stanowi problemu z punktu widzenia wiary - pamiętać należy, że liczy się intencja czynu - przyjmując hormony w celach leczniczych, a nie antykoncepcyjnych jako taki grzech nie jest oczywisty, ale o tym lepiej porozmawiać ze spowiednikiem.) A właśnie ze względu na wspomnianą przeze mnie wcześniej ekologię. 
Hormony, przyjmowane przez kobietę, nie rozpływają się w powietrzu, nie znikają w magiczny sposób. One krążą w jej ustroju, zapewniając upośledzenie płodności, ale w którymś momencie ów ustrój opuszczają. Najczęściej jest to podczas wizyty w... toalecie. Mocz wraz z potężną dawką hormonów dostaje się do wód gruntowych (oczyszczalnia ścieków hormonów raczej nie usunie), a stamtąd do rzek, jezior, upraw rolnych. Czy zdawałyście sobie sprawę, że są akweny wodne, w których ryby zmieniają płeć? Nie, nie "na życzenie", nie ma ryb transgenderowych "na życzenie" - pod wpływem hormonów żeńskich, jakie krążą w obiegu wody (a skąd są, już wiemy), ryby rodzaju męskiego, połykając ją, zamieniają się w samice albo zostają ubezpłodnione **
Wydaje mi się, że to kolejny kamyczek do ogródka zwolenników antykoncepcji hormonalnej...
Ale jeśli komuś mało... 
To jeszcze jedna kwestia, bardzo istotna, o jakiej należy wspomnieć i o jakiej wspominają również ci, dla których albo pigułka/prezerwatywa/wkładka domaciczna albo śmierć. Zawodność. Antykoncepcja jest zawodna. Oczywiście, statystycznie jest to 1-5% (zależnie od metody i zależnie od sumienności jej stosowania), ale w przeliczeniu na żywych ludzi, są to setki tysięcy na całym świecie. A kiedy zawiedzie antykoncepcja, to co? Aborcja? Porzucenie? Pogodzenie się z "wpadką"? Dziecko jako wpadka... Człowiek jako nieszczęśliwy przypadek? Hm... Zmilczę... 
Obserwacja własnego cyklu w oparciu o którąś z wymienionych przeze mnie metod (a jest ich wiele więcej, wierzcie mi, więc dla każdego coś miłego) nie zawodzi. Płodność daje bardzo jasne i bardzo konkretne sygnały, nie sposób ich nie zauważyć, a wstrzemięźliwość w tym czasie (o ile planujemy odłożyć na później Kasię albo Jasia) naprawdę jeszcze nikogo nie zabiła.
Jeśli zatem nie przekonują kogoś argumenty ad sacrum (nauka Kościoła, kwestia grzechu), to może przekonają go argumenty ad profanum (degradacja środowiska naturalnego). 
Zostawiam Was z tą myślą w czwartek :-) 

* Katechizm Kościoła Katolickiego 2366
** www.naukawpolsce.pap.pl/aktualnosci/news,28000,leki-nie-sa-obojetne-dla-srodowiska.html

środa, 1 lutego 2017

KATOLIK - OBROŃCĄ ZWIERZĄT, CZYLI DLACZEGO UWAŻAM, ŻE JEDNO DRUGIEGO NIE WYKLUCZA

Kocham Boga, lubię ludzi i szanuję przyrodę. Nie są mi obojętni ludzie i nie są mi obojętne zwierzęta. Nie lubię i buntuję się, kiedy ktoś przeciwstawia jedno drugiemu i kpi z drugiej strony, samemu opowiadając się radykalnie tylko po którejś. Jeśli ktoś ma wielkie serce, to znajdzie w nim miejsce i dla człowieka, i dla psa.

Gdyby nie problemy personalne i logistyczne, to miasto z którego pochodzę miałoby swoją własną komórkę fundacji PRO Prawo Do Życia ze mną jako kierowniczką na czele. Dla tych, którym nazwa nic nie mówi, wyjaśniam: jest to fundacja aktywnie walcząca o prawo dzieci nienarodzonych do urodzenia się właśnie. Bo są tacy, którzy to prawo chcą im odebrać. Stąd prosty wniosek: jestem pro-liferką. 

I dostaję białej gorączki, kiedy osoby, hołdujące temu samemu poglądowi z sarkazmem i złośliwością, zapatrzeni w zadanie ochrony nienarodzonych (brawo!), wyśmiewają i piętnują to, że ktoś się opiekuje zwierzętami (nie brawo!). Pamiętam wpis jednej z pro-liferek na pewnym forum pro-liferskim, że psa to się nie leczy, tylko usypia, a pieniądze zmarnowane na leczenie kundla należy dać na walkę z aborcją. Pozwolę sobie nic nie powiedzieć...
Na inną mądrość natknęłam się, oglądając program publicystyczny, w którym prowadzący kpił z akcji, mającej na celu ochronę pszczół... Też sobie podaruję komentarz. 
Powtórzę raz jeszcze: jestem przeciwniczką aborcji z całego mojego serca i uprzedzając pytania: sama nigdy bym jej nie przeprowadziła, niezależnie od okoliczności, ale naprawdę chciałabym sięgnąć po miecz ognisty, kiedy słyszę, jak ośmieszana jest ochrona i walka o dobrostan zwierząt czy roślin.
I zupełnie, zupełnie nie mogę pojąć, dlaczego niby to ma stać w sprzeczności!
Nie jestem biblioznawcą, ale Pismo Święte znam i poznaję dalej (niektórzy nazywają to egzegezą, ja aż tak arogancka nie będę ;-P), i w moim odczuciu Jezus, mówiąc, "Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili." (Mt, 25:4), miał na myśli między innymi właśnie zwierzęta (już słyszę oburzone głosy, trudno). 
Nazywanie zwierząt "braćmi mniejszymi" nie jest do końca prawidłowe. Święty Franciszek miał na myśli swoich współbraci, niemniej takie określenie przylgnęło niemalże na stałe do czworonogów (tudzież włochatych dwunogów i wielonogów) i w zasadzie walka z tym określeniem jest zdecydowanie bezcelowa. 
Bóg Ojciec, dając nam ziemię do uczynienia ją poddaną, chyba nie chciał jej bezmyślnego niszczenia i degradowania. Nie zgadzam się również na nazywanie osób, dbających o ekologię "pożytecznymi idiotami".
Co mówi o zwierzętach sam Kościół Katolicki? Jego postawa jest jasna i oczywista: "[...] Zwierzęta są stworzeniami Bożymi. Bóg otacza je swoją opatrznościową troską. Przez samo swoje istnienie błogosławią Go i oddają Mu chwałę. Także ludzie są zobowiązani do życzliwości wobec nich.” (2416). „Bóg powierzył zwierzęta panowaniu człowieka, którego stworzył na swój obraz. Jest więc uprawnione wykorzystywanie zwierząt jako pokarmu i do wytwarzania odzieży. Można je oswajać, by towarzyszyły człowiekowi w jego pracach i rozrywkach. Doświadczenia medyczne i naukowe na zwierzętach są praktykami moralnie dopuszczalnymi, byle tylko mieściły się w rozsądnych granicach i przyczyniały się do leczenia i ratowania życia ludzkiego.” (2417). „Sprzeczne z godnością ludzką jest niepotrzebne zadawanie cierpień zwierzętom lub ich zabijanie” (2418).
Nic dodać, nic ująć. 
Bóg otacza zwierzęta troską, więc nie jest niczym śmiesznym to, że dbamy o naszych podopiecznych, gdy chorują, troszczymy się o ich dobrostan. 
Badania na zwierzętach mijają się w dłuższej perspektywie z celem. Wiele leków, które zabijają albo szkodzą zwierzętom, pomagają ludziom i odwrotnie (vide: aspiryna). To oznacza, że eksperymentowanie na ciele innym niż ludzkie (też ssak, ale jednak nie człowiek) jest bezsensowne (co oczywiście nie znaczy, że należy eksperymentować na ludziach), bo efekt działania substancji może być skrajnie różny.
O znęcaniu się nad zwierzętami nie będę w ogóle pisać. Jest to rzecz oczywista, że takie praktyki są CHORE i NIENORMALNE.
Przykre i wynaturzone jest, kiedy ktoś otwarcie domaga się aborcji na życzenie, jednocześnie mówiąc, że życie jego psa jest cenniejsze. Z tym, że problemem w tej sytuacji nie jest troska o psa, jaką wykazuje autor takich słów. Problemem jest brak miłosierdzia dla człowieka i ignorowanie medycznych dowodów na to, że życie w łonie matki jest jednym z etapów życia człowieka. Żeby to zmienić, trzeba pokazywać prawdę o aborcji, edukować, nie ustawać w walce o życie nienarodzonych, kłócić się i dążyć do konfrontacji. "Aby zło zatriumfowało, wystarczy, by dobry człowiek niczego nie robił." powiedział Edmund Burke, a Bob Marley śpiewał, że zło nie robi sobie wolnego. Szacunek do życia jednak jest tak szeroki jak Oka (albo Wisła) i bycie katolikiem wręcz narzuca nam (tego oczekuje Stwórca, nie czarujmy się), by ów szacunek przejawiał się zawsze i wszędzie, niezależnie od tego w obronie czyjego życia stajemy.
Amen.

czwartek, 26 stycznia 2017

SINGLE LIFE = BETTER LIFE?

Single to mają boskie życie. Ech... nie ma to, jak być singlem. Ten spokój, ta cisza... ta singlowatość... 

O ileż łatwiej jest żyć samej, nie mieć na głowie męża, żony, dzieci, tego całego marudzenia. Można wtedy decydować tylko za siebie. Można wydawać pieniądze tylko na siebie. Obiad też się gotuje tylko dla siebie. I tylko sobie się sprząta mieszkanie. Co prawda, w długie zimowe wieczory jest trochę zimno i ciemno, a kot czy pies, chociaż najwspanialszy nie otoczy ramieniem, ale przecież zawsze można się zaopatrzyć w cztery, a nawet pięć kotów. 
Nikt pilota od telewizora nie szabruje po kątach i nikt nie kruszy ciastkami na kanapie. Pod kanapą zresztą też nie. Nikt nie brzęczy "napraw mi zlew". I cicho jest, bo przecież nikt nie włącza ogłuszającej muzyki ani nie udaje, że gra na perkusji, wyciągając z kuchni cztery największe garnki (koty tego przecież nie zrobią).
Nie ma kłótni o to, co oglądamy, bo przecież taki singiel czy singielka sami decydują, co będą oglądać (kotom zazwyczaj wszystko jedno, co w telewizji akurat puszczają). 
Wanna bądź prysznic są czyste, bo żadne obce stopy nie wędrują po ceramice i włosów nie ma w odpływie, chyba że te singla (albo kotów, co nieopatrznie do wanny albo brodzika wejdą).
No, i opiekować się singiel nikim nie musi, bo tylko siebie ma na względzie (ewentualnie koty), a to spore ułatwienie życiowe.
I nikt się z nią nie kłóci. Chyba, że singiel kłóci się sam ze sobą. Albo z kotami.
I tylko czasem, na dnie serca pojawia się taka krótka myśl. Taki błysk. Ale bardzo krótki, że może to wszystko nie jest nic warte, jeśli tylko dla samego siebie się żyje? Że jednak fajnie jest, jak ktoś obok się położy wieczorem, a rano kawę zrobi do łóżka? 
E nie... Rodzina... Co za nuda... Mieszczaństwo i zabobony. 
A dzieci? A fe! "Dzieci się zawsze źle komponują", jak mówił Iwo z "Czterdziestolatka". I brudzą. I biegają za kotami. A koty nienawykłe. I trzeba się opiekować. 
Singiel nie chce i nie lubi się opiekować. A jeszcze ten okropny Kościół mówi, że kobieta lubi się opiekować, że kobieta chce kochać. I że mężczyzna jest naprawdę całością, kiedy ma żonę. Co oni wiedzą? Nic nie wiedzą! I ten ścisk w żołądku, kiedy kolejna koleżanka mówi "tak", a potem dzwoni z informacją, że "dwie kreski!". A koledzy chwalą się synami i uczestniczą w ojcowskich turniejach tenisa ziemnego. Już nie wspominając o tym idiotycznym porzekadle, że prawdziwy mężczyzna musi spłodzić syna, pobudować dom i zasadzić drzewo.
Wyrzucić z myśli! Nie! Ja jestem wyzwolona! Ja jestem wolny! Nie dam sobie wmówić, że chcę mieć rodzinę. Mam samochód. I mieszkanie. I świetną pracę. Ona ma szpilki od Manola. A on ma Rolexa. I żyją, jak chcą. Bliżej im do Carrie Bradshaw i Mr Biga niż do Matki Polki i archetypu Ojca . Tak chcą, tak lubią. I już!
Tylko, dlaczego czasami singiel czuje, że życie ucieka bezpowrotnie i troszkę bez sensu?


czwartek, 19 stycznia 2017

STARY MARKSIZM A NOWY FEMINIZM

Jestem feministką. Mówię to z pełną odpowiedzialnością za słowo. Jestem feministką, bo uważam, że jako człowiek płci żeńskiej przedstawiam swoją osobą (skromną, mam nadzieję) sporą wartość intelektualną i mogę się dla mojej rodziny, mojej ojczyzny i mojego dostawcy Internetu przysłużyć nie tylko gotując (co robię świetnie), sprzątając (co robię beznadziejnie), ale również pracując zawodowo, ucząc się (ustawicznie) i interesując światem dookoła mnie.
Nie po to kończyłam studia, nie po to czytam kilogramy książek i nie po to umiem mówić, żeby siedzieć cicho.
Do tej pory siedziałam. Uważałam, że za dużo słów to zawsze kłopot. Zwłaszcza, że w szkole podstawowej peplałam bez ustanku i niekiedy Mama moja kochana musiała się do szkoły udać z misją wyjaśnienia tego i owego.
Ale teraz milczenia mam dość. I jako feministka powiem tak: 
jeśli jeszcze raz usłyszę od jakiejś pani, że nie ma już na tym świecie prawdziwych mężczyzn, to zapytam z błyskiem w oku A CZY TY JESTEŚ PRAWDZIWĄ KOBIETĄ??
Skąd ta afera, spytacie?
A stąd:
Pani Michalik postanowiła była bardziej męska niż mężczyzna. Bardziej rubaszna niż Zagłoba i bardziej wnikliwa ginekologicznie niż Centrum Leczenia Niepłodności. 
Od wieków o stanie ciąży mówiono w pięknych poetyckich słowach, że to stan błogosławiony. Że kobieta, nosząc w sobie życie, została pobłogosławiona darem. Czy to naprawdę aż tak przeszkadza?
Pomijam fakt, że na komercyjnej, raczej antyklerykalnej stacji telewizyjnej, w paśmie śniadaniowym pojawia się to, relatywnie, religijne określenie (kto użył tych słów? Jak ktoś wie, niech powie), co moim zdaniem raczej dobrze świadczy.
Przykre jest, naprawdę przykre, że z emancypacji został dzisiaj w XXI wieku chyba tylko "MAN" (albo "pacja", żeby się pacnąć w głowę), która stawia nie na kobietę w kobiecie, ale na to, ile w danej kobiecie jest faceta. 
Drogie Feministki, dla których dziecko w łonie matki to pasożyt (a w najlepszym razie płód, i to niekonieczne gatunku ludzkiego), a rozpychanie się łokciami i zmienianie partnerów seksualnych, jak rękawiczki to norma i dzień powszedni: NIE O TO WALCZYŁY SUFRAŻYSTKI... Nie o to...